AishaDorastałam w dużej, poligamicznej rodzinie – mój ojciec miał trzy żony. W naszym domu nigdy nie brakowało rozmów, śmiechu i codziennego zgiełku. Jednak najbardziej fascynowało mnie coś zupełnie innego.

Jedna ze współżon mojej mamy była mistrzynią dziergania.

Do dziś pamiętam, jak wieczorami siadała przy drzwiach swojego pokoju z nowym motkiem włóczki. Otwierała opakowanie, jakby rozpoczynała mały rytuał, a jej palce natychmiast zaczynały tańczyć po drutach. Kiedy wszyscy szli spać, w domu panowała cisza przerywana jedynie delikatnym stukaniem drutów.

A o świcie, zanim kogut zapiał pierwszy raz, przy framudze drzwi wisiały już gotowe, piękne szaliki.

Nie mogłam zrozumieć, jak to robi. Jak z miękkiej, niepozornej nitki potrafiła w kilka godzin stworzyć coś tak eleganckiego i pełnego ciepła. To wydawało się niemal magiczne.

Moja ciekawość była silniejsza niż sen. Zaczęłam przysiadać się do niej wieczorami. Rozmawiałyśmy – o życiu, o rodzinie, o wzorach i o tym, jak każda pętla musi znaleźć swoje miejsce. Obserwowałam jej ruchy, uczyłam się napięcia włóczki, cierpliwości i rytmu.

Tak właśnie nauczyłam się dziergać. A potem także szydełkować.

Dziś robię to z prawdziwą pasją. Za każdym razem, gdy zaczynam nowy projekt, przypominam sobie tamte wieczory i cichy dźwięk drutów w półmroku. I wciąż, gdzieś głęboko w sercu, zastanawiam się nad tą małą tajemnicą — jak to możliwe, że z jednej nitki można stworzyć tyle piękna.

 

Zaloguj się by komentować.